.

.

23.12.2011

Uroczystość Narodzenia Pańskiego

Pokłon pasterzy,
Francesco Solimena,
Barra
Kończy się okres adwentu, radosnego oczekiwania na przyjście Pana. Kulminacją tego oczekiwania będzie jutrzejszy wieczór, Wigilia Bożego Narodzenia. Pamiętajmy, że ten wieczór traci swój właściwy sens, czyli czuwający (wigilijny) charakter, jeśli zapominamy na Kogo i po co czekamy, oraz o tym, że Wigilia poprzedza jedynie najważniejszy dzień tego świątecznego czasu – obchodzoną 25 grudnia Uroczystość Narodzenia Pańskiego, zwaną też Bożym Narodzeniem...

    Świętowanie Narodzenia Pańskiego ma bardzo długą tradycję. Pierwsze udokumentowane świadectwa o jego obchodach pochodzą z IV wieku. Wybór 25 grudnia na datę święta nie oznacza, że właśnie tego dnia roku urodził się Jezus. Chrześcijanie zastąpili obchodzone wcześniej tego dnia pogańskie święto ku czci ubóstwionego słońca uroczystym wspomnieniem prawdziwego Syna Bożego, a konkretnie Jego narodzin. W miejsce fałszywego kultu materialnego przedmiotu zaproponowali światu zwrócenie się do kogoś, komu rzeczywiście należy się cześć.
I tak od wieków obchodzimy 25 grudnia Boże Narodzenie. Przez ten czas powstała piękna i bogata tradycja przeżywania tego święta, która wyrastała z potrzeby wyrażenia naszego rozumienia przyjścia na świat Bożego Syna. Jednakże patrząc na to, jak wiele uwagi poświęcamy na to, by sprostać wymogom tradycji, a jak niewiele pozostaje jej dla samego Boga, można powątpiewać, czy te zwyczaje jeszcze mówią nam coś o istocie tego, co świętujemy. Tymczasem tradycja powinna i nadal może pomagać nam rozumieć, co tak naprawdę zdarzyło się, gdy narodził się Boży Syn. I pomoże nam ona, jeśli tylko uświadomimy sobie, że jest tylko dodatkiem do tego, co najważniejsze, i skoncentrujemy się na głównym bohaterze święta.
A kto tu jest najważniejszy? Odpowiedź wydaje się oczywista: Jezus Chrystus, Syn Boży. Tak, ale jeśli nie ma to być jedynie powtarzana dość bezmyślnie nazwa, trzeba uświadomić sobie niesamowite wręcz bogactwo jej treści i ogromne znaczenie Narodzonego dla naszego życia i szczęścia – zarówno w ziemskim, jaki i wiecznym, tu i teraz. Powiedzmy zatem, co streszczają te imiona.
Jezus to narodzony z Maryi człowiek, o konkretnej historii życia. Będąc człowiekiem, dobrze rozumie On nasze ludzie doświadczenia, bo sam je przeżył. Nic, poza grzechem, nie jest Mu obce. Tak jak każdy i każda z nas doświadczał świata przez ludzkie ciało: odczuwał głód i bogactwo smaków, chłód ciemnej nocy i ciepło słonecznych promieni. Smucił się, gdy bliscy mu ludzie błądzili, i radował, gdy wzrastali w tym, co dobre. Cieszył się okazywaną mu czułością oraz energicznie reagował na jawną niesprawiedliwość. Doznał bólu i śmierci. Odkrywał On w swoim życiu prawdę o własnej relacji do Boga Ojca przez słuchanie Słowa, otwarcie na działanie Ducha Świętego i modlitwę. Również Jego wiara wiązała się z radykalnym zaufaniem Miłości Ojca. Jezus był bardzo ludzki w pełnym tego słowa znaczeniu. Był doskonałym obrazem człowieka.
Przyglądanie się złożonemu w żłóbku dzieciątku Jezus jest bardzo dobrą okazją, by uzmysłowić sobie człowieczeństwo Jezusa. Z tej świadomości zaś płynie dla nas wielka pociecha: Jezus nie jest jakimś obcym nam ludziom i wymagającym ponad miarę nauczycielem. On dobrze nas rozumie: każdą naszą troskę, pragnienie, lęk przed bólem. I chce nam pokazać, jak to wszystko przeżywać – w zaufaniu do Boga i w nieustannym z Nim dialogu; w zaufaniu, które trwa całe życie.
Chrystus to osoba, która całkowicie utożsamia się z powierzoną Mu przez Ojca misją. Przyszedł nam objawić miłość Ojca, aż po najbardziej radykalną ofiarę, jaką może złożyć człowiek – śmierć za tych, których się kocha. Nie traktował On swojej misji jak dodatkowego zajęcia, ale bezbłędnie odczytał swoje powołanie i całkowicie utożsamił się z misją objawienia miłości Boga Ojca, Jego miłosierdzia; złożył siebie w ofierze, by nas zbawić, dać nam możliwość wiecznego rozwijania się w Bożej miłości. Jego misja wykroczyła poza granice wyznaczane przez ludzką śmierć oraz przez grzech. On nie tylko zmartwychwstał. To dzięki Niemu dostaliśmy darmo możliwość zbawienia.
Wspominając narodzenie Jezusa Chrystusa, wspominamy początek czasu, gdy ta misja objawiania miłości Ojca przez Syna zaczęła się realizować w namacalny dla innych sposób w ludzkiej społeczności. Zbawiciel przyszedł, by być obecnym ciałem i duchem wśród ludzi, by mówić im o Bożym Królestwie i pokazywać do niego drogę. Tą drogą jest On sam.
Stajemy wobec maleńkiego, powierzonego naszej trosce Zbawiciela. Nie żyjemy w tym samym czasie, w którym on stąpał po ziemi, ale możemy z Nim obcować także dzięki Jego utożsamieniu z powierzoną Mu misją. W jednym z czytań 25 grudnia usłyszymy fragment z Ewangelii Św. Jana o Słowie. Chrystus jest Słowem – utożsamia się on z głoszonym Słowem. Potrzebujemy obcować ze Słowem, otaczać je troską i czułością jak małe dziecię, i pozwalać mu rozwijać się w nas, dorastać wraz z naszą duszą, by mogło zrealizować swoją misję: otworzyć nas niezasłużony dar zbawienia, czyli wyzwolenia ze śmierci i udziału w uszczęśliwiającym życiu wiecznym.
Syn Boży to osoba, którą określa właśnie to, że jest Synem Ojca. Tak jak do naszej istoty należy bycie człowiekiem, tak do istoty osoby Syna Bożego należy bycie Synem Ojca. Jest wielu ludzi, którzy mają taką ludzką istotę, ale jest tylko jeden Syn Boży, którego Ojcem jest Bóg. Został On zrodzony z Ojca, a nie stworzony przez Niego. W tym zrodzeniu nie chodzi tu o moment narodzenia Jezusa z Maryi, które właśnie świętujemy. Syn Boży nie miał początku w czasie. Jest On poza czasem. Jak mówi o Nim wspominana już Ewangelia: „Na początku było Słowo” – Syn Boży istnieje zawsze tak, jak zawsze istnieje Ojciec; „na początku” wszystkiego On już jest. Określenie „Syn Boży” znaczy, że Syn ma tę samą, co Ojciec, boską naturę. Ludzie rodząc, przekazują swoim dzieciom ludzką naturę, a Bóg Ojciec zrodził Boskiego Syna. Jest On Osobą, która zawsze jest Synem Ojca – z Nim i Duchem Świętym stanowią jedność w wielości osób, czyli jedynego Boga.
Dotykamy tu tajemnicy. Jak jej świadomość może przełożyć się na nasze przeżywanie tego z rozmachem obchodzonego przez nas święta, na odczytywanie tradycji? Śpiewając „Bóg się rodzi, moc truchleje…”, spróbujmy poważnie potraktować te słowa. Rodzi się nie tylko wyjątkowe dziecię, ale to dziecię to wcielony Bóg. Wobec tej tajemnicy ujawnienia się Mocy Bożej rzeczywiście wszelka inna moc jest niczym. Czy mamy świadomość, że uczestniczymy w czymś tak potężnym? Co więcej, gdy dzielimy się opłatkiem z bliskimi, co ma być wyrazem naszej jedności, bądźmy świadomi, że ta jedność nie ma się ograniczać do uprzejmego tolerowania siebie czy nawet dobrych i zgodnych międzyludzkich relacji. Jedność ta będzie prawdziwa, będzie miała głębię i trwałość, gdy będzie wyrazem naszej jedności z Bogiem, zawierzenia Chrystusowi.
Podsumujmy. Jeśli chcemy przeżywać prawdziwe święto Bożego Narodzenia i odkryć pełnię tradycji, pamiętajmy, że wspominamy narodziny Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, czyli człowieka, który jest jednocześnie naszym Zbawicielem i Bogiem. Jak my od naszych dzieci, tak samo On nie wymaga od nas, byśmy zasłużyli na to, co ma nam do darowania – największy możliwy dar szczęśliwego życia wiecznego, wybawienia od wiecznego umierania w skutek grzechu. Po prostu zaprasza nas, byśmy Go kochali, ufali Mu, obcowali z Nim przez Słowo i Eucharystię, rozmawiali z Nim, i słuchali, co ma nam do powiedzenia: jakimi mamy być ludźmi, jak mamy realizować swoją misję i coraz pełniej stawać się dzieckiem Boga. On Jest drogą do szczęścia. Jedyną. Przeżywane z Chrystusem, te święta będą dobre i piękne, bo prawdziwe. Błogosławionego Święta!

Karolina Sekuła