Na prośbę parafian, publikujemy treść rozważań z Drogi Krzyżowej, która odbyła się w Wielki Piątek w naszym kościele.
Droga Krzyżowa Jezusa w jakiejś mierze zawiera każdą z naszych życiowych dróg. Rozpoczynamy ją wpatrując się w Chrystusa, który podejmuje decyzję, aby na nią wejść: „Abba, Ojcze, jeśli to możliwe - oddal ode Mnie ten kielich. ale nie Moja, lecz Twoja wola niech się stanie”.
Podczas tej drogi, wsłuchując się w Słowo Boże, będziemy wypowiadać, wylewać, a może wprost wypłakiwać nasze serca, będziemy oddawać Panu to, co stawało albo staje między nami a Nim.
Szczera modlitwa niech będzie naszym duchowym podpisem pod obrazem Jezusa miłosiernego, kontemplowanym podczas tegorocznych rekolekcji wielkopostnych. Chrystus nie pragnie niczego więcej, niż naszego prostego i pokornego powierzeniem się Jemu, z całą prawdą o naszym życiu.
Stacja I: Jezus skazany na śmierć
„ Głośno wołam do Pana,
głośno błagam Pana.
Wylewam przed Nim swą troskę,
wyjawiam przed Nim swą udrękę.
Gdy duch mój we mnie ustaje,
Ty znasz moją ścieżkę.
Zważ na moje wołanie,
bo jestem bardzo słaby” (Ps 142)
Przy stacji skazania Jezusa składamy nie tylko wyroki ust i spojrzeń, ale nade wszystko wyroki serca. Składamy nasze wszystkie wyroki: o Bogu, o ludziach, o nas samych. Ileż w tych wyrokach powierzchowności, lekkomyślności, oceniania z pozorów, ile - jak u Piłata – strachu przed utratą pozycji, przyjaciół, poparcia. Po prostu - egoizmu!
Prosimy, aby Pan oczyścił nasze serce z ducha sądzenia, aby dał nam swoje oczy i swoje serce. Aby nasz sąd nigdy nie miał nic z pychy, zarozumiałości, wywyższania się. Wylewamy przed Panem nasze serca skłonne do sądzenia, wyrokowania, oceniania innych miarą „bez miłosierdzia”! Jezu, zważ na moje wołanie, bo jestem bardzo słaby.
Stacja II: Jezus bierze krzyż na swoje ramiona
„Powołał Mnie Pan już z łona mej matki,
od jej wnętrzności wspomniał moje imię.
Ostrym mieczem uczynił me usta,
w cieniu swej ręki Mnie ukrył.
Uczynił ze mnie strzałą zaostrzoną,
utaił mnie w swoim kołczanie.
I rzekł mi: „Tyś Sługą moim,
w tobie się rozsławię”.
Wsławiłem się w oczach Pana,
Bóg mój stał się moją siłą” (Iz 49)
Kładziemy teraz przed Panem wszystkie decyzje, w których nie poszliśmy za Bogiem, które były wyborem naszej chorej miłości własnej, pójściem na łatwiznę, które były owocem lęku. Kładziemy przed Panem nasze życiowe decyzje, w których odwracaliśmy się od Boga plecami, w których nasza światłość była ciemnością. Kładziemy te decyzje duże i małe.
Prosimy Pana, aby darował nam nasz brak słuchania. Prosimy także, aby uleczył nas ze skutków naszej głupoty i małoduszności, bo często wskutek tych decyzji, choć wydawało się, że wybieramy coś dla nas najlepszego i najkorzystniejszego, wybieraliśmy drogą jeszcze gorszą, jeszcze bardziej bolesną, zawiłą. Gdy będziemy szli do trzeciej stacji, oddawajmy Panu te decyzje, które nie zostały podjęte w sposób właściwy, a tuż przed trzecią stacją podziękujmy Panu za decyzję pójścia za Nim, za decyzję wyboru Jezusa ponad wszystko.
Stacja III: Jezus upada po raz pierwszy
„Boże, zbaw mnie, w imię swoje,
swoją mocą broń mojej sprawy!
Boże, słuchaj mojej modlitwy,
nakłoń ucha na słowa ust moich!
Bo powstają przeciwko mnie pyszni,
a gwałtownicy czyhają na moje życie;
nie mają Boga przed swymi oczyma.
Oto Bóg mi dopomaga,
Pan podtrzymuje me życie” (Ps 54)
Przy tej stacji kładziemy przed Panem żal do ludzi, którzy nie pozwolili nam pójść za Nim, którzy byli kamieniem, przez który przewraca się Jezus na swojej drodze. Oddajemy żal do rodziców, którzy może za mało nauczyli nas kochać Pana Boga. Oddajemy żal do tych, którzy nam w życiu towarzyszą, którzy może częściej przysłaniali, niżeli ukazywali Jego oblicze, żal do tych, którym wydawało się, że są pomocą, oparciem, a odchodzili, gdy chcieliśmy pójść za Bogiem.
Oddajmy nieudane spowiedzi i kazania, które bardziej nam zaciemniły obraz Boga niż rozświetliły. Połóżmy przed Panem także relacje we wspólnocie Kościoła, w grupach modlitewnych, w parafiach, gdzie potykamy się o grzech innych, takich samych grzeszników jak my. Oddajmy żal do osób - usprawiedliwiony albo też nie, żal który jednak nie pozwala nam przyjąć całej łaski Pana, całej Jego miłości.
Stacja IV: Jezus spotyka swoją Matkę
Jerozolima wołała:
„Wszyscy, co drogą zdążacie,
przyjrzyjcie się, patrzcie,
czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza,
którą doświadczył mnie Pan,
gdy gniewem wybuchnął” (Lm 1, 12)
Oczami Jezusa spójrzmy na Maryję i naszych rodziców. Pan przy tej stacji pragnie uczyć nas Jego miłości do rodziców. Oddajmy nasze relacje do naszych rodziców. Zanurzmy ich w miłości macierzyńskiej i ojcowskiej Boga. Często tam, gdzie jest najwięcej miłości, tam też jest najwięcej zranień. Tam, gdzie jest najwięcej uczuć i bliskości, tam jest największy ból.
Mieliśmy rodziców, bo już zmarli albo ich mamy. Ileż razy w sercu pojawiała się myśl: to nie tak miało być. Oddajmy zawiedzenie naszymi rodzicami i zawiedzenie sobą, że nie potrafiliśmy spotkać się z nimi w pół drogi, upierając się przy swoim, obrażając się, buntując i zrywając więzi miłości.
Prosimy o odnowienie naszych relacji, zanurzając je w miłości Jezusa do Maryi i Maryi do Jej Syna.
Stacja V: Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi
„Teraz wiem, że Pan wybawia swego pomazańca,
odpowiada mu ze świętych swych niebios,
przez możne czyny zbawczej swej prawicy.
Jedni wolą rydwan, drudzy konie,
a nasza siła w imieniu Pana, Boga naszego.
Tamci się zachwiali i upadli,
a my stoimy i trwamy” (Ps 20,7-9)
Przynosimy do Jezusa wszelką ludzką miłość, zwłaszcza tę, która była jakby nieszczera. Przynosimy nasze zawiedzenie ludzką miłością: miłością warunkową, miłością okazywaną z grzeczności, ale bez serca. Być może liczyliśmy na miłość ludzi, którzy powinni kochać, którzy powinni z radością pomagać nam, a ostatecznie przeszkadzali.
Ile razy wzięcie przez kogoś mojego krzyża było dla mnie zdradzieckie. Ile razy ktoś kochał tak, że mnie wyręczał, zastępował i zamiast pomóc mi pójść naprzód, wzrosnąć, rozwinąć się, w rzeczywistości powodował, że karłowaciałem. Ile było takich krzyży zdjętych z moich ramion, które zamiast mnie zbliżyć do Boga, pozwolić mi się rozwinąć z Nim, powodowały, że się kurczyłem, ślepłem, przewracałem się.
Oddajemy tych wszystkich „wyręczycieli”, którzy chcieli za nas przeżyć nasze życie, którzy wiedzieli i wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.
Stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi
„Zabiorę was spośród ludów, zbiorę was ze wszystkich krajów i przyprowadzę was z powrotem do waszego kraju, pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali” (Ez 36)
Podczas tej stacji kładziemy przed Bogiem naszą zdolność do miłowania. Najpierw pragnienia miłowania, które bardzo szybko zgasły, które nie zakończyły się uczynkiem miłosierdzia. Natchnienia, które przychodziły i odchodziły jak wiatr, które nie zapaliły się, tylko pozostał z nich dym. Przynosimy Panu także niedokończone miłości, przerwane w pół drogi, bo zabrakło cierpliwości. Przynosimy miłości, które przekreśliliśmy wskutek naszej niemocy, które miały nieść pomoc, a stawała się ościeniem dla innych. Przynosimy nasze miłości do ludzi, które odcisnęły w nich ślad naszej osoby, naszego autorytetu, naszych zalet. Przynosimy Panu także tę miłość, która wylewała się dzięki Jego Duchowi, która dawała życie i tylko życie. Przychodzimy, aby dziękować, że podzielił się z każdym z nas swoim Duchem.
Przynosimy naszą miłość, która jest jak skrwawiona szmata, ale którą Pan chce obmyć i ocierać oblicza ludzi. Ta stacja jest stacją bólu z powodu naszej niemocy, a zarazem jest stacją radości, że Bóg sam uczynił z nas naczynia swojej miłości.
Stacja VII: Jezus upada po raz drugi
„ Mówię sobie: gdybym miał skrzydła jak gołąb,
to bym uleciał i spoczął
- oto bym uszedł daleko, zamieszkał na pustyni.
Gdybyż lżył mnie nieprzyjaciel, z pewnością bym to znosił; gdyby przeciw mnie powstawał ten, który mnie nienawidzi, ukryłbym się przed nim.
Lecz jesteś nim ty, równy ze mną, przyjaciel, mój zaufany, z którym żyłem w słodkiej zażyłości,
chodziliśmy po domu Bożym w orszaku świątecznym.
A ja wołam do Boga i Pan mnie ocali.
Ześle pokój - uratuje moje życie” (Ps 55)
Są w naszym życiu upadki, bóle i smutki wywołane przez przyjaciół. To rany najgłębsze i najbardziej bolesne. Zazwyczaj jest tak, że tym bardziej boli, gdy zawodzi ten, kto stał nam się bliższy. Przy tej stacji oddajemy te właśnie relacje i doświadczenia. Prosimy Pana, abyśmy - pomimo zranień - nie uciekali od przyjaźni, od bliskości z ludźmi, od zaufania im na nowo.
Modlimy się, by Jezus nauczył nas największej przyjaźni, Jego przyjaźni do nas - przyjaźni, która jest tyle razy kaleczona, wystawiana na próbę, którą przez grzech wyrzucamy do kosza jak zmięty papier. A On jest zawsze gotów do przebaczenia i pojednania.
Przy tej stacji przytulamy duchowo naszych przyjaciół. Ludzi, z którymi dane nam było spotkać się bliżej. Mocą Jezusowego powstania z drugiego upadku pojednajmy się z tymi, którzy zawiedli w przyjaźni, aby pokój wypełnił nasze i ich serca!
Stacja VIII: Jezus pociesza płaczące niewiasty
„Chociaż może zasmuciłem was moim listem, to nie żałuję tego; nawet zresztą gdybym i żałował, widząc, że list ów napełnił was na pewien czas smutkiem, to teraz raduję się - nie dlatego, żeście się zasmucili, ale żeście się zasmucili ku nawróceniu. Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć. To bowiem, że zasmuciliście się po Bożemu - jakąż wzbudziło w was gorliwość, obronę, oburzenie, bojaźń, tęsknotę, zapał” (2 Kor 7, 8-11)
Najpierw oddajmy Panu przy tej stacji te chwile, w których byliśmy zrozpaczeni; kiedy łzy - często łzy złości i bezsilności - zalewały nasze oczy, kiedy smutek tego świata wypełniał nasze życie. Zły smutek! Może jeszcze do tej pory zdarza się, że tak właśnie się smucimy, nie po Bożemu.
Przynosimy tutaj te łzy, którymi chcieliśmy kupić ludzką litość, uwagę, opiekę ... Przynosimy nasze pochmurne twarze, żeby pokazać, jak bardzo jesteśmy biedni i godni współczucia. Przynosimy nasze godzinne opowieści o swoich boleściach, którymi często zapychaliśmy serca innych, obciążali nimi bliźnich. Prosimy ducha Świętego o łaskę Bożego smutku, który prowadzi do nawracania i nowego życia.
Stacja IX: Jezus upada po raz trzeci
„Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił ?
Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz,
wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek,
pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą,
rozwierają wargi, potrząsają głową:
„Zaufał Panu, niechże go wyzwoli,
niechże go wyrwie, jeśli go miłuje” (Ps 22)
Bóg nigdy nie był kamieniem upadku. Ale ile razy posądziliśmy Go, że On jest winny naszego osobistego doświadczenia zła oraz całego zła świata. Ile razy mieliśmy do Niego żal za to, co dzieje się w naszym życiu. Ile razy Jego oskarżyliśmy o to, że odszedł, opuścił nas, jest głuchy i nieczuły na nasz los.
Przynosimy dzisiaj Panu naszą niewiarę. Przynosimy oskarżanie Go i nasze bunty. Przynosimy także prawdziwe, może wieloletnie odejścia od Niego. Głęboki upadek Jezusa jest naszym głębokim upadkiem, naszą niewiarą. Chcemy zostawić na tej drodze naszą niewiarę, naszą zdradę, sąd nad Bogiem i nad Jego miłością.
Stacja X:Jezus zostaje obnażony z szat
„Sfora psów mnie opada,
osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje,
policzyć mogę wszystkie moje kości.
A oni się wpatrują, sycą mym widokiem;
moje szaty dzielą między siebie
i los rzucają o moją suknię” (Ps 22, 17-19)
Stajemy przy obnażonym Jezusie ogołoceni z dobrego imienia i godności, a zarazem jako ci, którzy innych ogałacają z prawa do intymności, sekretu, tajemnicy i szacunku.
Przynosimy nagiemu Panu brak wybaczenia tym, którzy snuli na nasz temat pokrętne domysły, odebrali nam dobre imię, rozpowszechniali plotki i pomówienia. Przynosimy Mu momenty, w których poczuliśmy się wyśmiani, wykpieni, poniżeni, wystawieni na publiczną drwinę oraz niewymowny ból i wstyd, tak, że chciało się zapaść pod ziemię.
Przynosimy także nasz grzech: połakomienie się na czyjeś dobro kosztem jego poniżenia, ale także zabrane rzeczy, czas, przyjaciół, dobre imię, a może zabraną przyszłość i co, nie daj Boże, godność Bożego dziecka.
Stacja XI: Jezus przybity do krzyża
„Odtąd zaczął Jezus wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki». Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16, 21-25)
Nie przyjdzie to na ciebie! Piotr przeraził się męką Jezusa, jak każdy z nas w obliczu cierpienia woła: nie przyjdzie to na mnie! Ale przychodzi! Przynosimy więc Panu Jezusowi nasz lęk przed bólem, przed chorobą, kalectwem, jakby to miał być koniec świata. Przynosimy też wszelkie ucieczki przed cierpieniem, nasze wybiegi: w używki, w tępe wpatrywanie się w ekran komputera czy telewizora, w scrollowanie w mediach społecznościowych w pogaduchy czy w sen, byle nie bolało, ponieważ ostatecznie często nie potrafimy stawić czoła cierpieniu.
Przynosimy agresję, która rodzi się z bólu fizycznego i psychicznego, złość, którą uderzamy w innych ludzi, najczęściej niewinnych, którzy się napatoczą pod ostrze naszego buntu wobec bólu. W duchu przeprośmy ich przy tej stacji, niewinnie dotkniętych naszym nieradzeniem sobie z cierpieniem.
Stacja XII: Jezus umiera na krzyżu
„Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich.
Dręczono Go, lecz sam się dać gnębić,
nawet nie otworzył ust swoich.
Jak baranek na rzeź prowadzony,
jak owca niema wobec strzygących ją,
tak On nie otworzył ust swoich.
Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.
Po udrękach swej duszy,
ujrzy światło i nim się nasyci.
Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu” (Iz 53)
Przy stacji śmierci Jezusa przynosimy nasz lęk przed śmiercią. Naszą ucieczkę przed śmiercią, bo przecież mamy czas! Przynosimy także niemyślenie o śmierci, które często nie jest wcale prawdą, ale panicznym strachem albo naiwnością, że śmierci nie ma.
Przynosimy także lęk przed tymi śmierciami małymi, zakończeniem czegoś, przerwaniem. Lęk przed śmiercią tego, co w nas jest nasze, co jest radością, co nas cieszy, co okazuje się pocieszeniem w trudnych sytuacjach. Lęk przed śmiercią tego, co w nas jest także grzechem. Przynosimy Panu także to, co jest naszym własnym sposobem zbawiania siebie, naszymi metodami uszczęśliwiania siebie. Przynosimy nasze wybieranie życia bez śmierci, a więc tak naprawdę wybieranie śmierci.
Prosimy teraz o nadzieję, abyśmy ujrzeli światło, które jest na końcu drogi życia, piękno śmierci, która jest przejściem przez bramę w ramiona Ojca Niebieskiego.
Stacja XIII: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ramionach Matki
„Chociaż uczynił Jezus przed nimi tak wielkie znaki, nie uwierzyli w Niego, aby się spełniło słowo proroka Izajasza, który rzekł: ‘Panie, któż uwierzył naszemu głosowi? Ramię Pańskie komu zostało objawione?’ Tak powiedział Izajasz, ponieważ ujrzał chwałę Jego i o Nim mówił. Niemniej jednak i spośród przywódców wielu w Niego uwierzyło, ale z obawy przed faryzeuszami nie przyznawali się, aby ich nie wyłączono z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą” (J 12)
Przynosimy teraz Jezusowi nasze zakneblowane usta przed przyznaniem się do Niego wobec ludzi. Nasze walące serce, żeby przypadkiem nas nie rozpoznano jako Jego uczniów. Przynosimy ukrywanie naszej wiary, schodzenie z nią do tzw. prywatności. Przynosimy lęk przed świadectwem.
Przynieśmy Panu wstyd przed Nim, przed Jego Ewangelią. Wstyd, który paraliżował w nas świadectwo. Śmierć Jezusa może otworzyć nowy rozdział w życiu „uczniów-misjonarzy”.
Bóg jeden raczy wiedzieć, co się z nami stanie i kim będziemy, gdy wreszcie przyjdziemy zdjąć Go z krzyża, jak Józef z Arymatei i Nikodem, gdy pozwolimy sobie otworzyć usta, uspokoić serce, mówić prosto i jasno o Nim. Gdy będziemy odważnie mówić nie tylko ustami, ale sercem, nie tylko ustami, ale życiem.
Stacja XIV: Jezus złożony do grobu
„Któryż Bóg podobny Tobie, co oddalasz nieprawości, odpuszczasz występek reszcie dziedzictwa Twego? Nie żywi On gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie, ulituje się znowu nad nami, zetrze nasze nieprawości, rzuci w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy” (Mi 7)
Teraz spróbujmy zamknąć oczy i złóżmy do grobu Jezusa to wszystko, co nieśliśmy i kładliśmy na tej drodze. Najpierw nasze sądzenie, potem złe decyzje albo ich brak, dalej żal do ludzi, przez których doznaliśmy krzywdy. Złóżmy nasze zawiedzenie naszymi rodzicami i naszym do nich odniesieniem. Złóżmy zawiedzenie tą miłością, która bardziej nas wyręczała, niż pomagała się rozwinąć. Złóżmy naszą niezdolność kochania i kochanie tylko po ludzku, na swój własny sposób. Złóżmy zranienia doznane od przyjaciół. Złóżmy nasz głupi, ludzki smutek, rozpacz, użalanie się nad sobą. Złóżmy wreszcie nasz bunt wobec Niego samego, naszą niewiarę i oskarżanie Boga. Złóżmy Panu brak wybaczenia tym, którzy odebrali nam dobre imię. Przynosimy naszą ucieczkę przed cierpieniem i naszą ucieczkę przed śmiercią, doczesną i tą, która przejawia się nieustannie w naszym życiu jako zakończenie spraw, zakończenie rozmów, spotkań, relacji, a także radości i innych doznań. Złóżmy wreszcie nasz lęk przed świadectwem, wstyd, że należymy do Chrystusa.
Oto grób Jezusa. Właśnie w te głębokości Bożego miłosierdzia wrzucamy wszystko, czekając, aby Pan sam wskrzesił nas do nowego życia.
Modlitwa końcowa
Módlmy się,
Jezu, nic nie będzie Ci oszczędzone. Wyda Cię przyjaciel, opuszczą najbliżsi, zaprze się Ciebie ten, na którego najbardziej liczyłeś. Zostaniesz oskarżony, skazany. Będziesz wyszydzony wyśmiany. Na koniec pójdziesz ze swoim krzyżem popychany, potrącany, wzgardzony. Obcy człowiek pomoże Ci nieść krzyż. Weronika otrze Ci twarz. Napotkane kobiety zapłaczą nad Tobą. Setnik wyzna, że prawdziwie byłeś Synem Bożym. Do Twojego grobu wybiorą się trzy Marie. Ale Cię nie zastaną - bo zmartwychwstaniesz.
Julio, Piotrze, Martyno, Andrzeju, Anno, Szymonie…, jeśli pójdziesz za Jezusem, nic nie będzie Ci oszczędzone. Być może wyda Cię przyjaciel, opuszczą najbliżsi, zaprze się Ciebie ten, na którego najbardziej liczyłeś. Zostaniesz oskarżony, może skazany. Będziesz wyszydzony i wyśmiany. Na koniec pójdziesz ze swoim krzyżem popychany, potrącany, wzgardzony. Ale wtedy znajdzie się jakiś obcy człowiek, który pomoże Ci nieść krzyż, a współczesna Weronika otrze Ci twarz. Napotkane kobiety zapłaczą nad Tobą. Ktoś rozpozna w Tobie dziecko Boże. Może komuś wyda się, że jesteś skończony, ale Ty mocą Jezusowego zmartwychwstania znów zmartwychwstaniesz. Jeśli pójdziesz za Jezusem jesteś skazany na zwycięstwo!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz